To forum używa cookies
To forum wykorzystuje pliki cookie do przechowywania danych logowania. Pliki cookie to małe dokumenty tekstowe przechowywane na komputerze. Pliki cookie ustawiane na tym forum mogą być używane tylko na tej stronie i nie stanowią zagrożenia bezpieczeństwa. Pliki cookie na tym forum śledzą również określone tematy, które przeczytałeś i kiedy je ostatnio przeczytałeś. Potwierdź, czy akceptujesz lub odrzucasz ustawienia tych plików cookie.

Ciasteczka zostaną zapisane w Twojej przeglądarce

Ocena wątku:
  • 1 głosów - średnia: 5
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5

[-]
Tagi
historii lekcja

Lekcja Historii
#1
DOCENT MOTYKA W SŁUŻBIE "WYBORCZEJ", CZYLI JAK NISKO UPADŁA NAUKA W POST(?)KOMUNISTYCZNEJ POLSCE.

Grzegorz Motyka, na łamach osobliwej gazety (której nakład spada na łeb, na szyję, co jest zjawiskiem jak najbardziej pozytywnym) udzielił szczególnej "lekcji" premierowi Mateuszowi Morawieckiemu - z poczuciem własnej wyższości intelektualnej, zatem uznał, że on - jako uczony dydaktyk - nie tylko może, ale i powinien pouczać niekompetentnego premiera, bo przecież wszystko dobrze wie. Swój artykulik (piszę zdrobniale wyłącznie z powodu objętości popełnionego przez niego tekstu) poświęcił w całości rzekomemu mordowaniu Żydów przez Brygadę Świętokrzyską NSZ.

(Zob. "Lekcja dla premiera Morawieckiego. Jak Brygada NSZ trzech Żydów spotkała" - Wyborcza.pl, 6 marca 2018 r.).

Do udzielania "lekcji" premierowi Morawieckiemu wybrał sobie bardzo specyficzne miejsce - rzeczoną "Wyborczą". Zrobił to - być może - z przyczyn ideologicznych (czasem bowiem gości na jej łamach, co raczej nie najlepiej o nim świadczy), może zaś powody były całkiem inne? Na przykład takie, że w organie Adama Michnika wymagania merytoryczne są tak mikroskopijne (czemu wielokrotnie dano tam wyraz), że spełnia je nawet docent Motyka ze swą znikomą wiedzą o NSZ. Wycisnął z siebie bardzo specyficzną rzecz - komentarz do tego, że premier Morawiecki złożył kwiaty na grobie kilku żołnierzy z Brygady Świętokrzyskiej. U docenta Motyki jeden nagrobek urósł do rozmiarów całego... cmentarza! Gdzie odpowiedzialność za słowo pisane?

[Obrazek: 29744779_1824983487552894_89281742272524...e=5B75ACB8]

Ale po kolei.

Rzeczony artykulik autor podpisał stopniem naukowym "dr hab." i miejscem pracy: Instytut Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk, a zatem chodziło mu o podkreślenie swych kompetencji i sprawności intelektualnej. Chyba jednak niepotrzebnie. Jestem zszokowany, jak uczony (a więc i nauczyciel równocześnie), może być aż takim ignorantem! Nie chodzi mi o jego oceny i poglądy, te może mieć, jakie tylko zechce. Ale jak można robić elementarne błędy faktograficzne w prawie każdym zdaniu?

Dla przykładu.

Zdanie pierwsze - "Brygada Świętokrzyska NSZ powstała latem 1944 roku na Kielecczyźnie i liczyła ponad tysiąc ludzi". Oj, Panie Motyka, przecież są dostępne i drukowane źródła. Tak ciężko do nich zajrzeć? W momencie powstania w sierpniu 1944 r. Brygada liczyła ok. 600 osób. W grudniu 1944 r. liczyła nieco ponad 800 ludzi. Niby nic, ale to świadczy o nonszalancji autora, prawda? 

Zdanie drugie - "Jej żołnierze odmówili podporządkowania się Armii Krajowej i nie wzięli udziału w akcji „Burza”." Tu trzeba nieco więcej wyjaśnień, ale sprawa jest prosta. Nie było "Burzy" na Kielecczyźnie, miała to być operacja prowadzona na zapleczu frontu wschodniego a nie z dala od niego. Kielecczyzna takim bliskim zapleczem nie była, tym bardziej, że od sierpnia 1944 r. Sowieci wstrzymali swą ofensywę aż do połowy stycznia następnego roku. Ale na Kielecczyźnie walki z Niemcami trwały i oddziały Brygady brały w nich udział, zarówno samodzielnie, jak i wspólnie z AK (np. pod Radoszycami) a nawet z grupami podporządkowanymi tzw. Polskiej Partii Robotniczej (pod Zagnańskiem)!

Brygada Świętokrzyska nie odmawiała podporządkowania się Armii Krajowej, rzecz dotyczyła bowiem określenia stopnia zależności, nie było negacji jako takiej. NSZ-owcy po prostu nie godzili się na rozformowanie i rozbicie Brygady. I trudno im się dziwić, nie chcieli być bowiem "mięsem armatnim" dla realizacji fatalnych planów operacyjnych, które skończyły się dekonspiracją i rozbiciem AK przez Sowietów, ponadto musieliby zmienić swe stanowisko wobec band komunistycznych. Ale zabiegi ze strony AK (Okręgi Łódź, Kielce-Radom, Kraków) o jej podporządkowanie trwały cały czas i to do ostatniej chwili, czyli ponownego ruszenia frontu wschodniego. Brygada nie była zatem formacją "faszystowską" itp., skoro wyższej hierarchii AK-owskiej tak na niej zależało.

Zdanie trzecie - "Celem Brygady była walka o Polskę niepodległą i narodową, lecz bynajmniej nie demokratyczną". Oj, stara śpiewka, docencie Motyka. Czyli zdaniem autora "polscy faszyści" walczyli o "Polskę faszystowską"? Wynika z tego, że wracamy do topornej propagandy z epoki stalinowskiej. Nawet, gdyby Brygada miała takie pomysły, to z powodu swej znikomej (proporcjonalnie) liczebności, nie miałaby wpływu na wybór przyszłej formy rządów. Ale takich pomysłów nie miała.

Zdanie czwarte - "Politycznie była ona bowiem podporządkowana Organizacji Polskiej, która dążyła do powstania autorytarnego państwa etnicznych Polaków". Zdanie godne towarzysza Romana Werfla, albo samego Jerzego Goldberga-Borejszy, docencie Motyka! Jeśli to prawda, to co w tej organizacji robili "nie etniczni" Polacy, w dodatku tak licznie? Ks. prof. Jan Salamucha z kierownictwa Organizacji Polskiej wywodził się z polskich Tatarów, tak samo, jak ostatni szef sztabu NSZ, płk pil. Piotr Abakanowicz, czy dowódca jednego z oddziałów partyzanckich na Lubelszczyźnie, sierż. Roman Dżalik "Czarny", Maria Abakanowicz-Terech "Lena", Władysław Etminowicz "Pogoń", "Tatar"; dlaczego "niepolskie" nazwiska widzimy w czołówce OP - Todtleben, Goerne, Neyman, Bayer, Kemnitz, Szperlich, Remer, Steiner, Babel de Broncberg... Gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie ta czysta etnicznie Polska, chyba tylko w zatrutym niewiedzą umyśle autora? 

Co robili w NSZ polscy Żydzi (i Polacy żydowskiego pochodzenia), tacy jak np. por. Feliks Pisarewski (oficer ds. specjalnych zleceń w Komendzie Okręgu Warszawa); mjr Stanisław (Szmul) Ostwind (komendant Powiatu Węgrów; w NSZ przeżył okupację niemiecką, zamordowali go "postępowi" i "tolerancyjni" komuniści w lutym 1945 r.); dr Alfons Krysiński (szef Służby Cywilnej Narodu Powiatu Końskie); ppor. Józef Makowski "Kruk"; dr Juda (Julian) Kamiński "Migoń", st. strz. Andrzej Konic "Zawisza"... I tak dalej. 

Czego Grześ się nie nauczył, tego Grzegorz nie będzie umiał, nawet jako docent. Niestety.
Ale to wszystko nic, autor bowiem odpalił niezłą bombę, licząc na huk i zamieszanie. I co? Niewypał, Panie docencie!

Oto Pana słowa: "W kronice jednego z pułków Brygady Świętokrzyskiej NSZ możemy przeczytać, że gdy 1 października 1944 r. pododdział NSZ znalazł się w Czaryżu, podeszło do niego „trzech ludzi bosych i obdartych ze słowami – Uj! Jakie mamy szczęśliwe! Nareszcie my doszli tam, gdzie my szukali. Okazało się, że byli to Żydzi, którzy sądzili, że trafili na oddział Gwardii Ludowej. Wpadli jak śliwka w kompot" [Jan Jaxa-Maderski, "Na dwa fronty. Szkice z walk Brygady Świętokrzyskiej NSZ, oprac. Henryk Pająk]. Szansa, by napotkani żydowscy uciekinierzy wyszli z życiem z tego spotkania, jest w sposób oczywisty właściwie zerowa". Ale ten cytat zupełnie inaczej da się odczytać, gdy przytoczymy odnośny fragment w całości, czyli nie pominiemy tego, co przezornie, acz wielce nieuczciwie opuścił docent Motyka. 

Oto ten fragment:
"1 października [1944 - przyp. LŻ] Czaryż.
Wczorajsza pościgówka, po załatwieniu spraw w Nieznanowicach, goni resztę Brygady. Po drodze, wstępując do wsi Sulików na melinę "Garbatego" [Stanisława Olczyka z GL-AL - przyp. LŻ] otrzymujemy wiadomość, że tam powinna być broń. Po krótkiej dyskusji z gospodynią zaczynamy kopać. Znajdujemy dwa rkm-y i jeden karabin szybkostrzelny. Udajemy sie na nowe kwatery. Kpt. "Rusin" [Henryk Karpowicz - przyp. LŻ] dla kawału włożył znalezioną czerwoną opaskę z napisem G.L. Kiedy już cała pościgówka znalazła się w Czaryżu, podchodzi do niego ..." i dalej już (prawie) tak, jak cytuje Motyka.

[Obrazek: 29744917_1824983660886210_71638378231610...e=5B27C0BF]

Ale przedtem formalności. Autorem książki, z której docent Motyka to cytuje, jest Jerzy Jaxa-Maderski, nie Jan. Zdanie: "Jakie mamy szczęśliwe!" nie ma sensu, zostało zniekształcone. Zamiast "mamy" w oryginale jest "my". Niby nic, a jednak coś... Czyli autor nawet bardzo prostego zdania przepisać nie umie?
Stanisław Olczyk "Garbaty" był hersztem jednej z najkrwawszych band komunistyczno-rabunkowych na tym terenie. Nawet po podporządkowaniu się GL-AL nie zmienił zakresu działalności i metod działania. Uczestniczył w niezwykle krwawych (nawet jak na tę organizację) porachunkach wewnątrz GL-AL i PPR i za to był miesiącami ścigany również przez "swoich". A to już zmienia postać rzeczy, prawda? 

Wprawdzie docent Motyka dowodów ich zamordowania nie znalazł, ale uznał, że jakiekolwiek spotkania Żydów z Brygadą musiały się dla nich każdorazowo kończyć śmiercią.

Ci łącznicy "Garbatego" nie zostali zlikwidowani przez Brygadę, choć zapewne na to zasłużyli - oczywiście nie za to, że byli Żydami. Sam udział w grupie "Garbatego" świadczył o ich specyficznych "zasługach". Zostali rozbrojeni, tęgo wychłostani i dostali zakaz powrotu w te strony. Dlaczego? Bo akurat nikt z miejscowych nie rozpoznał w nich uczestników dotychczasowych napadów. Skąd to wiem? Z rozmów z por. Jerzym Maderskim "Jaksą" i kpt. Stefanem Lechem Władyką "Lechem" (autorem powyższej Kroniki 202 pp NSZ). Gdyby zostali zlikwidowani, to zostałoby to odnotowane w obu "Kronikach" Brygady, czyli 202 i 204 pp (były to dokumenty "wewnętrzne" Brygady, nie podlegały cenzurze). Oczywiście docent Motyka może w to nie wierzyć, ale nie tak odtwarzamy historię - wyłącznie wiarą w konfesyjnym rozumieniu "Wyborczej".

Inne zdanie Motyki: "Do końca 1944 roku wykonano 272 wyroki śmierci na osobach oskarżonych o prokomunistyczne sympatie". Nie pytam o źródło tych rewelacji, bo takiego - które można byłoby poważnie potraktować - nie ma. A to, z którego to wziął, całkiem go kompromituje, jako poważnego docenta.
Autor przywołuje sprawę Rząbca z 8 września 1944 r. - likwidację 67 Sowietów, którzy znaleźli się tam w bandzie "Tadka Białego" wprost z bardzo specyficznej formacji: SS-Wachmannschaft i Ostlegionen (chodzi o tzw. Kałmuków, osławionych szczególnym okrucieństwem podczas pacyfikacji polskiej ludności). Motyka pisze o "70 byłych czerwonoarmistów" - hola, czy do ostatniej chwili służyli w Armii Czerwonej? A może od 1941 r., po dostaniu się do niewoli niemieckiej już nie? Skąd tam się wzięli (pod Częstochową!) i w jakim charakterze, co tam robili razem z Niemcami (jestem staroświecki, więc nie piszę "z nazistami")? To prawda, sowiecka grupa zrzutowa NKGB "Szturm" przeciągnęła ich na swoją stronę, ale pierwsze, co zrobili, to ich całkowicie rozbroili! Ze strachu, bo byli to znani pacyfikatorzy tej okolicy w służbie niemieckiej. Zostali zlikwidowani przez NSZ, bo co mieli zrobić z gwałcicielami, rabusiami i mordercami? Mieli naokoło nich zakreślić kolorowymi kredkami wielce tolerancyjne hasła i puścić ich wolno?

Tak, zginęli w trakcie "tłumienia buntu" docencie Motyka, potwierdza to wiele źródeł, które są dostępne i publikowane. A zlikwidowani mieli być dopiero rano następnego dnia, wydarzenia zostały przyśpieszone na skutek owego buntu właśnie.

Wróćmy do owych trzech żydowskich łączników "Garbatego". Wprawdzie dowodów ich zamordowania docent nie znalazł, ale uznał, że jakiekolwiek spotkania Żydów z Brygadą musiały się dla nich każdorazowo kończyć śmiercią. Dalej jest już bardzo kategoryczny: "Nie znamy ich nazwisk ani miejsca, gdzie zostali pochowani. [...] Ktoś powie, że nie ma dowodu na ich zabicie. Ale czy jest jakikolwiek dowód, lub choćby przesłanka, że nie wykonano na nich egzekucji?". Równie dobrze można od tej pory pisać, że docent Motyka dopuścił się takich to a takich wielce lubieżnych czynów, czy jest bowiem jakiś dowód, lub tylko przesłanka, że się ich nie dopuścił? Oto, do czego prowadzą takie talmudyczne rozważania uczonego docenta.

Panie docencie Grzegorzu Motyka - więcej czytania (ale nie "Wyborczej"!) i krytycznego myślenia, więcej konfrontowanych źródeł i zejście z manowców będzie stosunkowo łatwe. Na przykład z takich: "Za sprzyjających komunistom z góry uznawano odnalezionych Żydów". To jest po prostu draństwo, biorąc pod uwagę ogólnie już dostępną wiedzę o służbie polskich Żydów i osób żydowskiego pochodzenia w strukturach NSZ, z drugiej zaś strony - świadectw bezinteresownej pomocy świadczonej ukrywanym Żydom.

Łatwizna i płycizna intelektualna, jak widać nie popłaca (oczywiście nie biorąc pod uwagę gaży, wypłaconej z "Wyborczej"). Czy na tym Panu szczególnie zależy, aby czytelnicy śmiali się do rozpuku z takiej "lekcji" udzielonej premierowi?
Kto nie pamięta historii skazany jest na jej ponowne przeżycie - George Santayana
Odpowiedz
#2
Ułańska fantazja nie zna granic jeśli mogę ocenić autora artykułu na łamach gazety wyborowej. Poza tym polot i finezja nie są potrzebne, ponieważ czytelnicy owej gazety w pogoni za złotówką (aby dzieci miały na chleba z masłem do szkoły), nie będą poszukiwać źródła na podstawie, którego owy autor coś napisał. Smutne to acz prawdziwe. Dziękuję za ten materiał, który pokazuje, że są ludzie którym zależy na prawdzie.
Odpowiedz




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Menu